Opuściliśmy Łódź ze wszystkimi na pokładzie o 1 w nocy. Na BP spotkaliśmy się z Reszta i ruszyliśmy w drogę. Podróż byłaby dość monotonna, na zasadzie tankowanie, kawa, siku, przekąska, gdyby nie pomysłowość mojego brata, który w ramach własnej rozrywki postanowił poprowadzić przez chwile nasza dwu-samochodową kolumnę. Niestety dość niefortunnie wybrał obydwa momenty, albowiem zrobił to akurat wtedy gdy mieliśmy zmieniać kierunek jazdy, o czym niestety nie wiedział. Dwukrotnie wiec nadrobiliśmy drogi musząc zawracać. Dzieci przetrwały podróż dość dzielnie, łącznie z mała Lenka, która po raz pierwszy opuściła fotelik na 25 km przed końcem podróży. Na miejsce dojechaliśmy ok. 12.00. Ku naszemu zaskoczeniu ale i radości, dom był już gotowy i mogliśmy się wprowadzić natychmiast. Właściciele przywitali nas arbuzem i zimna woda, co było bardzo miłym gestem przy 36 stopniach w cieniu. Myślę, że wszyscy byliśmy pozytywnie zaskoczeni domem. 4 sypialnie, duży salon z kominkiem (choć po prawdzie o tej porze roku to żadna atrakcja), grill, miejsce na ognisko i ... karcer dla niedobrych bratowych :) ogarnęliśmy bagaże, przekąsiliśmy to i owo i rozdzieliliśmy się na podgrupy. My z chłopcami poszliśmy nad jezioro, raz, ze przyjemnie się schłodzić w 34 stopniowej zupie w 33 stopniowy żar, a dwa, że chłopcy męczyli już ucho ... Pozostali, ci z Nowakowski w nazwisku, zostali w domu. Nad Balatonem tłumy ludzi. Woda sina, trawa zielona, słońce gorące. Czego chcieć więcej :) Wieczór spędziliśmy nad butelka Johnego odpoczywając po trudach podróży i pierwszym słońcu.